Aleksander Panczenko: „Grabie” ciągnące się przez ponad 400 lat

Dosyć. Przeszłość zabrała nam już wystarczająco wiele. Nie oddawajmy jej przyszłości. Bo gdy Kijów i Warszawa spierają się nad popiołami wczorajszego dnia, Moskwa już kreśli mapy dnia jutrzejszego. I tym razem nie mamy prawa podać jej pióra.

Aleksander Panczenko: „Grabie” ciągnące się przez ponad 400 lat

Polska i Ukraina: między sojuszem, wyższością i niedokończonym pojednaniem,

czyli „Grabie” ciągnące się przez ponad 400 lat

Historia relacji polsko-ukraińskich przypomina wielką rzekę graniczną. Jej wody pamiętają brzęk szabel i huk armat, uroczyste przysięgi i gorzkie wyrzeczenia, zwycięstwa, które zdawały się zapowiedzią nowej epoki, oraz klęski, których echo rozbrzmiewa przez stulecia.

Nasze narody żyły obok siebie przez wiele wieków. Wspólnie powstrzymywały najazdy ord tatarskich, broniły wschodnich rubieży Europy przed licznymi zagrożeniami, dzieliły tę samą przestrzeń geograficzną i nierzadko ten sam los. Tak samo często jednak wyrastały między nami bariery wznoszone przez ambicje polityczne, pychę stanową, spory religijne i wzajemną nieufność.

W tej historii nie ma prostego podziału na bohaterów i winowajców. Są narody, które raz po raz stawały przed wyborem: szukać sojuszu czy szukać przewagi. I niemal za każdym razem pragnienie dominacji nad sąsiadem okazywało się bardziej krótkowzroczne niż gotowość do porozumienia.

Właśnie dlatego historia polsko-ukraińska nie jest jedynie opowieścią o przeszłości. Pozostaje także rozmową o teraźniejszości i przestrogą na przyszłość.

Unia Lubelska: potęga państwa i cień nierówności

Unia Lubelska z 1569 roku stworzyła jedno z największych państw ówczesnej Europy. Rzeczpospolita Obojga Narodów stała się politycznym gigantem rozciągającym się od Bałtyku po czarnomorskie stepy.

Jednak wielkie państwa nie zawsze rodzą równowagę między narodami.

Dla ziem ruskich unia otworzyła nowe możliwości polityczne, lecz jednocześnie przyniosła stopniowe nasilenie procesów polonizacyjnych. Szlachta ruska pozostawała jeszcze gospodarzem na własnej ziemi, coraz wyraźniej pojawiał się jednak wymóg, że awans w strukturach państwa wymagał wejścia do polskiego świata kulturowego.

W ten sposób zaczął kształtować się rozłam, który później eksploduje w czasie wojen kozackich. Lud pozostawał ruski, podczas gdy znaczna część elit krok po kroku oddalała się od własnych korzeni. Między warstwami wyższymi a niższymi zaczęła wyrastać przepaść groźniejsza niż jakakolwiek zewnętrzna granica.

Hadziacz: niespełnione państwo trzech narodów

W historii relacji polsko-ukraińskich istnieje kilka chwil, w których przyszłość mogła potoczyć się inaczej. Jedną z nich był Hadziacz roku 1658.

Iwan Wyhowski nie proponował ani powrotu pod dawną władzę, ani chwilowego rozejmu. Przedstawił wielką wizję państwową. Idea Wielkiego Księstwa Ruskiego oznaczała w praktyce, że obok Polski i Litwy miał pojawić się trzeci równoprawny człon federacji.

Jak na XVII wiek była to koncepcja niezwykle śmiała.

To właśnie tutaj historia po raz kolejny natrafiła jednak na starą ludzką słabość. Wielu przedstawicieli polskiej elity było gotowych zaakceptować Ukraińców jako poddanych, lecz nie było jeszcze gotowych uznać ich za współtwórców państwa.

Sejm okroił postanowienia traktatu. Nieufność wzrosła. Szansa zaczęła się rozpływać.

Tak Hadziacz stał się nie tylko dokumentem politycznym, lecz także symbolem zmarnowanej okazji. Symbolem chwili, w której oba narody mogły wspólnie budować nowe państwo, lecz nie potrafiły przezwyciężyć wzajemnych lęków i stanowych uprzedzeń.

Imperium Rosyjskie: przywileje zamiast wolności

Historia bywa niekiedy zdumiewająco ironiczna.

To, czego Rzeczpospolita nie chciała w pełni zaoferować starszyźnie kozackiej, ostatecznie zaproponowało Imperium Rosyjskie. Po likwidacji ukraińskiej autonomii rody starszyńskie otrzymały drogę do tytułów szlacheckich, stanowisk państwowych i społecznego prestiżu.

Imperium nie działało jednak wyłącznie mieczem. Posługiwało się znacznie subtelniejszym narzędziem.

Kupowało lojalność przywilejami.

Ukraińskim elitom oferowano miejsce przy cesarskim stole, lecz ceną stawało się stopniowe rozpuszczenie się w wielkim mechanizmie państwowym. Korzyść była natychmiastowa, strata okazała się historyczna.

Rozbiory Rzeczypospolitej: gdy drapieżnik staje się ofiarą

Pod koniec XVIII wieku koło historii wykonało kolejny obrót.

Państwo, które przez stulecia należało do najpotężniejszych sił regionu, samo padło ofiarą silniejszych sąsiadów. Trzy rozbiory Rzeczypospolitej przekreśliły jego istnienie.

Dla Polaków była to katastrofa narodowa.

Dla Ukraińców sytuacja była bardziej złożona. Nie odzyskali wolności wraz z upadkiem dawnego porządku. Po prostu jeden gospodarz zastąpił drugiego.

Ziemie ukraińskie po raz kolejny okazały się nie uczestnikiem wielkiej polityki, lecz jej zdobyczą.

Piłsudski i Petlura: ostatnia wielka szansa

Na początku XX wieku w historycznych ciemnościach ponownie zabłysła możliwość porozumienia.

Józef Piłsudski należał do tych polskich polityków, którzy zrozumieli prostą prawdę: bez niepodległej Ukrainy nie będzie bezpiecznej Polski. Sojusz z Symonem Petlurą był nie tylko kalkulacją wojskową, lecz także próbą stworzenia nowego ładu w Europie Wschodniej.

Wielkie idee często jednak przegrywają ze zmęczeniem, strachem i polityczną arytmetyką.

Pokój ryski postawił interes państwowy Polski ponad sojuszem z Ukraińską Republiką Ludową. Dla Warszawy był kompromisem. Dla wielu Ukraińców – bolesną zdradą nadziei.

Tak kolejny most, który mógł połączyć oba narody, pozostał niedokończony.

Polska międzywojenna: państwo i niezadowoleni obywatele

W okresie międzywojennym polskie władze stanęły wobec problemu, którego nie potrafiło rozwiązać żadne wielonarodowe państwo Europy tamtych czasów: jak pogodzić silne państwo z prawem narodów do zachowania własnej tożsamości.

Odpowiedź okazała się mało przekonująca.

Pacyfikacja z 1930 roku, ograniczanie ukraińskich instytucji, konflikty wokół szkolnictwa i samorządności rodziły coraz głębszą nieufność.

Bereza Kartuska stała się dla wielu Ukraińców czymś więcej niż miejscem uwięzienia przeciwników politycznych. Stała się symbolem państwa, które bardziej obawiało się własnych obywateli, niż próbowało ich wysłuchać.

Wołyń: rana, która nie przestaje boleć

Spośród wszystkich sporów polsko-ukraińskich nie ma tematu bardziej bolesnego niż tragedia wołyńska lat 1943–1944.

W wirze II wojny światowej, pomiędzy dwoma totalitarnymi reżimami, na ziemiach Wołynia i Galicji Wschodniej wybuchł krwawy konflikt międzyetniczny, którego ofiarą padły dziesiątki tysięcy ludzi. Polscy historycy najczęściej interpretują te wydarzenia jako ludobójstwo ludności polskiej dokonane przez oddziały UPA i miejscowe formacje ukraińskie. Znaczna część ukraińskich badaczy, nie negując masowej zagłady polskiej ludności cywilnej, podkreśla również charakter wzajemnej przemocy etnicznej, która objęła obie społeczności i miała złożone uwarunkowania narastające przez dziesięciolecia.

Pojednanie okazało się znacznie trudniejsze, niż wydawało się po upadku komunizmu.

Przez kolejne dziesięciolecia ukraińscy prezydenci wielokrotnie wykonywali gesty wobec strony polskiej, wyrażając współczucie dla ofiar Wołynia i podkreślając moralny obowiązek pamięci o poległych. Od Leonida Kuczmy po Wołodymyra Zełenskiego oficjalny Kijów wielokrotnie wskazywał na potrzebę przebaczenia, dialogu i wspólnego upamiętniania ofiar.

Historia rzadko jednak zna wzajemność w idealnie lustrzanym odbiciu.

Wśród wielu Ukraińców zaczęło pojawiać się poczucie, że polska polityka pamięci coraz częściej przemawia językiem oskarżenia, a nie pojednania. Powstawało wrażenie, że strona ukraińska przez lata przepraszała, podczas gdy od strony polskiej oczekiwano kolejnych i kolejnych gestów skruchy, nie zawsze dostrzegając złożoność samej historii.

Dlatego Wołyń pozostaje nie tylko tragedią historyczną. Stał się również sprawdzianem zdolności obu narodów do współodczuwania bez pokusy przekształcania pamięci w narzędzie polityczne.

Pamięć i polityka: nowa próba dla sojuszu

Po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji rosyjskiej wiele osób uważało, że Ukraina i Polska ostatecznie przezwyciężyły historyczne sprzeczności.

Miliony Ukraińców znalazły schronienie w Polsce. Warszawa stała się jednym z głównych rzeczników sprawy ukraińskiej w Europie. Wydawało się, że wobec wspólnego zagrożenia dawne konflikty zeszły na dalszy plan.

Historia ponownie jednak dała o sobie znać.

Po wyborze Karola Nawrockiego na prezydenta Polski problematyka historyczna ponownie znalazła się w centrum dialogu dwustronnego. Polityk, który przed wejściem do wielkiej polityki kierował Instytutem Pamięci Narodowej, wielokrotnie podkreślał, że kwestie Wołynia i historycznej odpowiedzialności Ukrainy powinny zostać rozwiązane, zanim będzie można mówić o pełnym politycznym zbliżeniu Kijowa i Warszawy. Publicznie wyrażał również sceptycyzm wobec wspierania członkostwa Ukrainy w NATO przed uregulowaniem sporów historycznych.

Dla znacznej części społeczeństwa ukraińskiego szczególnie bolesne było to, że podobna retoryka nasiliła się właśnie wtedy, gdy Ukraina prowadzi najcięższą wojnę o swoje istnienie od czasu odzyskania niepodległości.

Z ukraińskiej perspektywy rodzi się zatem naturalne pytanie: czy Polska nie ryzykuje powtórzenia błędów przeszłości, gdy historyczne urazy zaczynają przeważać nad myśleniem strategicznym?

Lekcja wszystkich poprzednich stuleci wydaje się bowiem wyjątkowo oczywista. Za każdym razem, gdy Warszawa i Kijów znajdowały wspólny język, zyskiwały oba państwa. I za każdym razem, gdy historyczne urazy stawały się ważniejsze od bezpieczeństwa regionu, wygrywała trzecia siła – imperium ze Wschodu.

Zakończenie: aby cienie przeszłości nie odebrały nam przyszłości

Nad długą drogą polsko-ukraińską stoi wiele krzyży.

Jedne noszą napisy ukraińskie, inne polskie. Pod jednymi spoczywają polscy chłopi Wołynia, pod innymi ukraińskie ofiary pacyfikacji, obozów, deportacji, niszczenia cerkwi i wojennego odwetu. Jednak ziemia nad wszystkimi jest jednakowo ciężka, matczyna łza jednakowo słona, a śmierć nie pyta, w jakim języku człowiek modlił się przed ostatnim oddechem.

Ukraina nie jest bezgrzeszna w swojej historii. Polska również nie jest bezgrzeszna. Za plecami obu narodów stoją nie tylko triumfy, lecz także pożogi; nie tylko bohaterowie, ale i niewinne ofiary; nie tylko uroczyste przysięgi, lecz również złamane umowy, zmarnowane sojusze i groby, nad którymi do dziś nie cichnie ludzki ból.

Wołyń należy do najstraszniejszych z tych ran.

Ukraina powinna uczciwie mówić o masowym mordzie polskiej ludności cywilnej. Nie powinna chować się za mglistymi formułami, rozmywać osobistej odpowiedzialności w bezimiennym wirze wojny ani odmawiać zabitym prawa do prawdy, pamięci i żałoby. Zbrodnia nie staje się mniejsza dlatego, że została popełniona w czasach powszechnego bezprawia. Niewinnie zamordowany człowiek nie przestaje być niewinny tylko dlatego, że wokół upadały imperia i zmieniały się granice.

Właśnie dlatego ukraińscy prezydenci wielokrotnie pochylali głowy przed pamięcią polskich ofiar, wyrażali żal, prosili o przebaczenie i apelowali o wspólne upamiętnienie poległych. Ukraina nie uciekała od trudnej rozmowy o Wołyniu. Wychodziła naprzeciw, czasem niepewnie, niekiedy w sposób niejednoznaczny, nie zawsze znajdując właściwe słowa, lecz ze świadomością, że nad grobami cywilów nie ma ani zwycięzców, ani pokonanych.

Pojednanie nie rodzi się jednak z monologu.

Wyciągnięta ponad rowem historii ręka nie powinna wiecznie zawisać w powietrzu. Jeden naród nie może stale zasiadać na ławie oskarżonych, podczas gdy drugi zachowuje wyłączne prawo do osądzania. Pojednanie zaczyna się dopiero wtedy, gdy obie strony wychodzą sobie naprzeciw nie z rejestrami dawnych rachunków, lecz z pamięcią o własnych i cudzych grobach w sercu.

Nie można wymagać od Ukrainy nieskończonej skruchy, pozostawiając jednocześnie w cieniu jej własne krzywdy: polonizację, pacyfikację, Berezę Kartuską, niszczenie ukraińskich instytucji społecznych i religijnych, deportacje oraz lata państwowej pogardy. Wspomnienie tych wydarzeń nie usprawiedliwia zbrodni popełnionych przeciw Polakom i nie umniejsza polskiego bólu. Przywraca jedynie historii oboje oczu.

Cudzy ból nie umniejsza naszego.

Ale nasz ból również nie daje prawa, by nie dostrzegać cudzego.

Wołyń nie może zostać zapomniany. Nie powinien jednak stać się targowiskiem politycznym, na którym pamięć o zabitych wymienia się na głosy wyborców, ustępstwa dyplomatyczne czy prawo do dyktowania sąsiadowi jego przyszłości.

Bo pamięć pozbawiona współczucia przeobraża się w wyrzut.

Prawda pozbawiona miary staje się biczem.

A polityka karmiąca się grobami prędzej czy później zaczyna kopać nowe.

Szczególnie niebezpieczne jest dziś rozdmuchiwanie popiołów dawnych pożarów, gdy ukraińskie miasta ponownie płoną pod rosyjskimi uderzeniami. Gdy Ukraina płaci krwią za samo prawo do pozostania na mapie świata, czynienie historycznych pretensji warunkiem jej europejskiej i euroatlantyckiej przyszłości oznacza utratę poczucia historycznej miary.

Nie czas mierzyć się grobami, gdy wróg przygotowuje nowe.

Nie czas rozniecać popiołów, gdy płonie dom sąsiada.

Nie czas budować granic z kości umarłych, gdy żywi muszą bronić wspólnego europejskiego nieba.

Największa tragedia relacji polsko-ukraińskich nie polega jedynie na tym, że między naszymi narodami przelewała się krew. Największa tragedia polega na tym, że konieczność sojuszu zbyt często rozumieliśmy dopiero wtedy, gdy ze Wschodu nadciągały już obce wojska, gdy nad Kijowem i Warszawą kładł się cień imperium, gdy na mądrość pozostawało już niewiele czasu.

Hadziacz zginął wskutek stanowej pychy i niezdolności do uznania Ukraińców za równoprawny naród polityczny we właściwym momencie.

Sojusz Petlury i Piłsudskiego został pogrzebany w Rydze w imię krótkiego wytchnienia.

Międzywojenna polityka asymilacji zasiała nieufność tam, gdzie powinna była wyrosnąć wspólna obrona przed imperium.

I za każdym razem, gdy Ukraińcy i Polacy zabierali się do dzielenia przeszłości, Moskwa już przygotowywała się do podziału ich przyszłości.

Ile jeszcze razy historia musi uderzyć nas tą samą ręką, abyśmy wreszcie pojęli jej naukę?

Ukraina i Polska mogą różnie nazywać wydarzenia, różnie postrzegać swoich bohaterów i różnie opłakiwać swoich zmarłych. Żaden rząd nie nakaże narodowi zapomnienia własnych ran. Jednak nasze państwa nie mają prawa pozwolić, aby umarli prowadzili swoje spory rękami żywych.

Przeszłość odebrała nam już zbyt wiele.

Odebrała całe państwa i całe pokolenia, spalone miasta i bezimienne wsie, niedokończone sojusze i tysiące istnień, którym nie dane było się spełnić. Za pychę stanową, polityczną krótkowzroczność i wzajemną nieufność zapłaciliśmy zburzonymi domami, wygnaniami, samotnymi krzyżami i milczeniem tych, którzy nie powrócili.

Byłoby zbrodniczą lekkomyślnością po raz kolejny płacić tę samą cenę.

Ukraina i Polska nie muszą wyrzekać się swojej pamięci. Muszą natomiast wznieść się ponad pokusę wykorzystywania jej przeciwko sobie nawzajem. Nie potrzebują zapomnienia, lecz dojrzałej pamięci, która potrafi mówić prawdę bez nienawiści, uznawać winę bez poniżenia, przebaczać bez zapominania i szanować własnych poległych, nie gardząc cudzymi.

Umarłym potrzebne są prawda i modlitwa.

Żywym potrzebne są godność i wzajemny szacunek.

Przyszłości potrzebny jest sojusz.

Nie sojusz starszego z młodszym.

Nie sojusz sędziego i oskarżonego.

Nie sojusz tego, kto domaga się wiecznej skruchy, z tym, który ma bez końca usprawiedliwiać swoje prawo do własnej historii.

Potrzebny jest sojusz równych.

Sojusz dwóch narodów, które wreszcie zrozumiały, że gdy stoją ramię w ramię, między Bałtykiem a Morzem Czarnym powstaje siła zdolna powstrzymać imperium. Gdy natomiast ponownie zaczynają poruszać popiół dawnych pożarów, wiatr roznoszący iskry niezmiennie wieje ze Wschodu.

Niech umarli spoczywają w prawdzie.

Niech żywi staną ramię w ramię.

I niech między Ukrainą a Polską powstanie wreszcie nie chwiejny most doraźnych korzyści, który rozpada się przy pierwszej politycznej burzy, lecz trwała droga wzajemnej godności.

Zbyt wiele ukraińskiej i polskiej krwi wsiąkło już w tę ziemię. Zbyt wiele matek stało nad grobami. Zbyt wiele pokoleń płaciło za pychę władzy, krótką pamięć i krótkowzroczną politykę.

Dosyć.

Przeszłość zabrała nam już wystarczająco wiele.

Nie oddawajmy jej przyszłości.

Bo gdy Kijów i Warszawa spierają się nad popiołami wczorajszego dnia, Moskwa już kreśli mapy dnia jutrzejszego.

I tym razem nie mamy prawa podać jej pióra.

Aleksander Panczenko

Kijów, 22 września 2026 roku